wtorek, 20 września 2016

Pierwsze tygodnie w przedszkolu

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi właśnie na przeżywaniu adaptacji naszego dwulatka w przedszkolu. Owszem nie w żłobku, a przedszkolu. W grupie dwu- dwu i pół- latków Szymek jest najmłodszy, ale na szczęście różnica wieku nie ma tu znaczenia. Jak upłynęły nam pierwsze dni września? I jak przebiega nasza adaptacja? 

przedszkole, przedszkolak, pierwsze dni w przedszkolu



Pierwsze trzy dni tzw. adaptacyjne Szymek bardzo chciał chodzić do przedszkola, do dzieci. Podobało mu się i nawet mieliśmy jedną akcję z buntem. Nie chciał wracać do domu, tak bardzo chciał zostać w przedszkolu, że urządził mi dziki ryk. Niestety w pierwszy poniedziałek września już tak kolorowo nie było. Szymek w drzwiach sali spotkał mocno rozpłakaną koleżankę z grupy i bardzo się przestraszył. Też płakał. Widziałam, jak zamykałam drzwi, że spoglądał za mną zdezorientowany. A ja przeżywałam katusze. Poniedziałek był pogromem. I żal mi było dzieci i żal Pań, które ten armagedon musiały opanować. Odbierając Szymka wcześniej niż planowałam na początku okazało się, że nie było tak źle jakby mogło się wydawać. 


Niestety i u nas zaczął się problem z niechęcią do przedszkola. Co rano przez dwa tygodnie synek nie chciał iść do przedszkola, będąc w szatni powtarzał, że nie chce tu być a wszelkie próby zagadania go kończyły się fiaskiem po otwarciu sali. A ja sama nie wiedziałam jak mam rozmawiać z nim o przedszkolu, jak go przekonać, czy go przekonywać, czy nadal prowadzić go na zajęcia. To była nie tylko adaptacja Szymka do przedszkola i nowej sytuacji. To była też adaptacja dla mnie do całkiem nowej sytuacji. Musiałam nauczyć się zostawiać swoje dziecko, które płakało i zawierzyć obcym osobom w jego opiece. Bałam się i codziennie przeżywałam katusze i rozpadanie serca na kawałki. 


Szymek na widok sali czy Pani zaczynał płakać za mną. Krzyczeć, że chce do mamy i że nie chce tu być. A mnie za każdym razem serce kroiło się na kawałki i rozpadało. Często stałam chwilę pod drzwiami nie wiedząc co ze sobą zrobić. Czy wparować na salę i porwać go w matczyne ramiona by czuł się bezpiecznie, czy zwyczajnie wyjść. Dochodziłam do wniosku, że do sali nie wparuję, a często w ciągu kilku minut nie było już słychać ani krzyku ani płaczu Szymka. Odbierając go po obiadku okazywało się, że Szymkowi się podobało i chciał zostać w przedszkolu. W drodze do domu wypytywałam go co robił, co robili z Paniami i co było na obiadek. Na początku synek nie wiedział co ma mówić. Często słyszałam tylko, że bawił się koparami i tyle. 

Miałam ogromne dylematy  w ciągu tych dwóch tygodni. Pierwszy tydzień synek płakał rano, a potem było dobrze. Panie też mówiły, że rano tylko chwilę płacze a potem jedynie popłakuje gdy inne dziecko chce zabawki, którymi on się bawi albo gdy jedzie wózek z obiadkiem. Bardzo to dziwiło panie, że płacze na widok wózka z obiadem, bo obiadek zjadał chętnie i dość sporo. Tajemnica wyszła na jaw gdy kiedyś minął nas wózek ze śniadankiem i Szymek też przy mnie się popłakał. On zwyczajnie bał się hałasu jaki wydawał wózek. Szymonek ma delikatny słuch i wszelkie maszyny oraz ostre dźwięki są dla niego bardzo nieprzyjemne i zwyczajnie straszne. Moje wątpliwości co do słuszności decyzji o przedszkolu trochę rozwiały zdjęcia z zajęć naszych maluszków, gdzie zobaczyłam mojego uśmiechniętego synka tańczącego, rysującego i bawiącego się razem z innymi dziećmi.

Drugi tydzień miałam nadzieję, że zacznie się lepiej. Niestety nie. W poniedziałek zawoził go do przedszkola tatuś i jego rozstanie wyglądało tak samo jak ze mną. Było całkiem dobrze do czasu podejścia do drzwi sali. Potem był płacz. Mąż sam przyznał się, że nie wiedział co ma zrobić gdy oddał synka do sali. Czy zostać czy zabrać małego czy iść do domu. A gdy go odbierał synek był tak samo zadowolony z pobytu w przedszkolu jak zawsze i nie chciał wracać do domu. 

Przełom nastąpił dopiero w czwartek w drugim tygodniu chodzenia do przedszkola. Oczywiście od rana powtarzał, że nie chce iść do przedszkola, ale nie popłakał się gdy otworzyliśmy drzwi do sali i Pani wzięła go na ręce. To był dla mnie szok. Odebrałam go jak zwykle po 4h i moje dziecko było zadowolone. W piątek rano znów nie chciał iść, ale do sali wszedł sam bez płaczu, a podczas powrotu do domu odpowiadał na moje pytania co robili. To był prawdziwy przełom. Dowiedziałam się, że Pani udawała z nimi pieska, że odbijali rączki i że byli na placu zabaw. Pewnie też przy okazji dowiedziałam się co robili w inne dni, bo nagle dużo zajęć mi wymienił. Oczywiście zdjęcia z drugiego tygodnia również pokazywały mojego synka zadowolonego, bawiącego się, słuchającego Pani. Ogólnie krzywda mu się nie działa.


W ten poniedziałek synek już o wiele mniej stanowczo mówił, że nie chce do przedszkola. W przedszkolu też mocno nie marudził, że nie chce tu być. Ubrał kapcie, zdjął czapkę a jak powiedziałam, że idziemy to sam zaczął iść w stronę sali oczywiście mówiąc, że nie chce tu być, ale gdy pani otworzyła salę dał jej rękę i wszedł bez płaczu, bez krzyku i bez spoglądania za mną. Po prostu. W ten poniedziałek wyszłam z przedszkola z uśmiechem, bo chyba najgorsze za nami. Gdy odbierałam synka dowiedziałam się jaka piosenkę śpiewali, że ma pszczółkę Gucia, że byli na placu zabaw a na obiadek zjadł zupkę, ziemniaczki i klopsiki. Był radosny i mówił, że on chce do przedszkola chodzić. 

W tym momencie jestem zadowolona z decyzji o pójściu Szymka tak szybko do przedszkola. Możliwe, że gdybym odbierała synka zapłakanego, gdyby on wyrywał się do powrotu do domu to bym złamała się w postanowieniu oddania go na kilka godzin do przedszkola. Jednak gdy każdego dnia odbierałam moje dziecko zadowolone, najedzone i mówiące, że nie chce iść do domu to miałam nadzieję, że będzie dobrze. Dużo też pomogły mi rozmowy z wychowawczyniami, które mówiły jak zachowuje się moje dziecko. Dawały mi pewność, że jest dopilnowany i poświęcają mu swoją uwagę. Ja też przyzwyczaiłam się do nowej sytuacji. Czuję się pewniej odprowadzając synka do przedszkola i jestem szczęśliwa, gdy odbieram go radosnego, zadowolonego. Mam trochę czasu dla siebie, dla domu i na ostatnie prace, które jeszcze czekają na dokończenie. Wrzesień jeszcze trwa pod znakiem pracy i dokańczania wszystkiego co zaczęłam, ale już październik mam zamiar skupić się na sobie, szykowaniu się na poród i przyjście na świat naszego drugiego dziecka. 

Spełniły się słowa wychowawczyń, że najtrudniejszy czas to pierwsze dwa - trzy tygodnie. U nas adaptacja trwała niecałe dwa tygodnie. Niektóre dzieci nadal jeszcze adaptują się. Czasem słyszę płacz w starszych grupach a w najmłodszej grupie jest cisza i spokój więc może właśnie z takimi maluszkami lepiej przebiega ten proces. Kto wie. Dla mnie najważniejsze, że synek jest zadowolony i każdego dnia coraz lepiej potrafi powiedzieć mi co robił w przedszkolu. Zdobywa nowe zdolności i coraz bardziej jest samodzielny, rozgarnięty i gadatliwy oraz uśmiechnięty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz