poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie taki diabeł straszny...


... jak go malują. Takie powiedzonko, a jakie adekwatne do naszego problemu treningu czystości. W zasadzie mojego problemu, bo dziecię jakoś nieszczególnie tematem przestraszone.


Nocnikowanie jawiło mi się horrorem biegania za dzieckiem z nocnikiem, przesiadywania z nim na podłodze (może i nawet samej siedząc na nocniku) lub też wrzasku przerażenia, łez i pretensji, bo go krzywdzę.  Bałam się okropnie i przeciągałam moment początku sadzania na nocnik.

Kiedyś o zgrozo myślałam (ba byłam przekonana), że dziecko trzeba sadzać na nocnik szybko i problem będzie z tym mniejszy. Oczywiście szybko to tak koło siódmego miesiąca. 

Rzeczywistość sama weryfikuje plany, oczekiwania i "złote myśli niedoświadczonej matki". 
Tak łatwo powiedzieć: "będę sadzać na nocnik od kiedy tylko zacznie samo siedzieć, tak jak robiła A. Na pewno nie będę tak długo czekać jak B, bo przez to na pewno jeszcze C nie siedzi na nocniku." 
Tak, jaaassneee. Tak myślałam jako mądralińska przyszła matka. Gdy Szymon zaczął siadać to ja wykończona kolkami nie miałam najmniejszej ochoty, ani sił na sadzanie na nocnik i znoszenie jego jęków, stęków, wrzasków oraz innych odgłosów złości. Pierwszy rok macierzyństwa dał mi się konkretnie we znaki, ale jak tylko Szymek zaczął raczkować to zrobiło się lżej. Jednak nie zaczęłam sadzać dziecka w pierwszym roku jego życia. W końcu zdecydowałam, że po naszym wymarzonym urlopie biorę się ostro za robotę i będę sadzać Szymka na nocnik. Nie zrobiłam tego od razu po powrocie, bo niestety Szymek odczuł zmianę klimatyczną i nie miałam serca męczyć chore dziecko.

Pierwszy raz posadzenie Szymka na nocnik skończyło się szybciej niż zaczęło. Jak tylko posadziłam go na nocnik był płacz. Byłam przerażona, bo jak to tak będzie to nie ma mowy o treningu. Też myślałam co źle zrobiłam, bo przecież pokazywałam nocnik, opowiadałam co tam się robi, posadziłam nawet w ubraniu a i tak był płacz. Później znów spróbowałam posadzić Młodego na nocnik i znów był płacz, ale też znalazłam jego przyczynę. Nocnik był zwyczajnie za mały (!) na pupę mojego synka i uwierał go mocno, co moje dziecko wymownie mi pokazało. Następnego dnia pognałam do sklepu po inny nocnik jednak byłam już mądrzejsza i patrzyłam na taki bardziej podłużny aby Młody miał wygodnie jak na tronie. Padło znów na zwykły nocnik tym razem dłuższy. Kolejna próba była z tatą. Najpierw oboje pokazywaliśmy mu nocnik, mówiliśmy co się tam robi, pokazywaliśmy siedzącego na nocniku misia. Na koniec mąż udał, że siada na nocnik i zaczął wydawać wymowne odgłosy. Po mężu przyszła kolej na Szymka. Był sukces, bo Młody nie płakał. Lepiej on cieszył się i wydawał takie same odgłosy jak tatuś. Kolejne dni Szymek bardziej bawił się nocnikiem niż był na niego wysadzany. Po prostu daliśmy mu czas na oswojenie się, a Szymek za każdym razem gdy był wysadzany, siedział sobie spokojnie. Jak coś zrobił było prawo i pokazywanie mu, co to jest i chwalenie.  Był czas, że Szymek po zrobieniu bił sobie sam brawo. Teraz wysadzam go po każdej drzemce i przed kąpielą. Efekt jest taki, że jak coś zrobi to mnie woła lub próbuje sam zejść jeśli się niecierpliwi. Podobnie jest gdy nie zrobi nic, też sam po chwili schodzi a i ja nie każę mu na siłę siedzieć, bo nic nie ma. 

Teraz cieszę się, że nie robiłam nic na siłę. Dałam spokój i zaczęłam wtedy gdy byłam gotowa. Myślę, że nie czułam się na siłach na trening czystości, bo podświadomie wiedziałam, że moje dziecko nie jest na to jeszcze gotowe. Z pewnymi rzeczami nie ma co zbytnio się spieszyć, bo może to przynieść więcej nerwów, stresu i szkód niż odsunięcie na jakiś czas. W końcu nie widuje się zdrowych nastolatków chodzących w pieluchach więc na pewno przyjdzie czas pożegnania z pieluszkami. 

Jest też rzecz, która mnie szczególnie przerażała i bałam się by nie wywrzeć zbyt dużej presji na dziecku w treningu czystości. Obawiałam się bardzo wstrzymywania potrzeby załatwienia i wynikających z tego problemów z zaparciami. Tata Szymka też nie był za zbyt wczesnym sadzaniem na nocnik, bo wspominał, że dziecko do dwóch lat ma prawo nie potrafić panowania nad zwieraczami. Myślę, że wybrałam dobry czas na początek sadzania na nocniku. Szymek wie też co my robimy w łazience, bo zawsze mówimy mu co idziemy robić i często gdy jestem z nim sama nie zamykam drzwi. Ostatnio bardzo mnie zaskoczył, bo poszłam do łazienki za potrzebą, Szymek przyszedł za mną, usiadł na swoim nocniku i wydawał odgłosy adekwatne do tego co mówiłam mu, że idę zrobić ;)

Zapomniałabym o czymś co mnie przeraziło w sklepie podczas poszukiwania odpowiedniego nocnika. Zaczęłam wiadomo od najzwyklejszego i skończyłam na zwykłym tylko większym. Między nimi były nocniki koszmarki. Pierwsze miejsce horroru nocnikowego to jak dla mnie nocniki grające. Przepraszam, ale ja sama bym zawału dostała gdyby po zrobieniu siusiu zaczęło coś pode mną grać. Kolejne to nocniki samochody, trony, domki i inne przedmioty nie kojarzące się całkiem z kupą. Te stylizowane na sedesy też jakoś wykrzywiły mi twarz. Serio to jakiś już biznes nocnikowy, bo cały segment był nocników i nakładek na sedesy. Masakra, ale ok rozumiem, że jak coś nie idzie to rodzice szukają dalej (tak samo jak ja). Moim skromnym zdaniem wystarczy tradycyjny nocnik, odpowiednio dobrany do rozmiaru dziecka (tak, żeby nic nie uwierało), dobre podejście, danie dziecku czasu i wybranie odpowiedniego momentu, a z czasem będzie sukces. 
 
Żródło: smyk.com

Nam jeszcze daleko do pożegnania pieluch, jednak ten pierwszy krok za nami. Ciekawa jestem jak wyglądały Wasze początki z nocnikiem? Macie tradycyjny czy wypasiony?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz