środa, 3 grudnia 2014

Sztuka pakowania niemowlaka

Ostatnimi czasy miałam okazję przekonać się na własnej skórze,
jak to jest z pakowaniem rzeczy dla dziecka na wyjazd.
Zapakowanie siebie zajęło mi parę minut,
wrzuciłam tylko małą kosmetyczkę, piżamę i bluzkę na przebranie gdyby mały ulał na mnie.
Za to z pakowaniem Szymka zeszło mi już nieco dłużej.
Stałam przed komodą młodego i rozmyślałam:

- w co go ubrać na drogę,
- co zabrać do torby podręcznej gdyby w podróży trzeba by było go przebrać,
- co zabrać na noc i ile (gdyby ulał)
-co zabrać na ubranie na drugi dzień,
- jakie zabrać akcesoria,
- czy brać kocyk cieńszy czy grubszy,
- ile wziąć pampersów ( na półtora dnia)
- ile wziąć pieluszek tetrowych.

Efekt był taki, że spakowałam całą torbę rzeczami Szymka,
moje ubrania i kosmetyki (szczoteczka, antyperspirant, maskara, krem) znalazły w niej jakiś kąt,
a do tego jeszcze dopakowałam jedną siatkę na wszelki wypadek.

I okazało się, że spokojnie wystarczyłoby wziąć jedno ubranko na przebranie, jedną piżamkę,
jedno ubranko na następny dzień i taką samą ilość pampersów oraz pieluszek tetrowych.
Jak na pierwsze pakowanie na wyjazd (krótki, ale zawsze) myślę, że nie było tak źle.

Kolejne pakowanie było w tym samym tygodniu - dokładnie w czwartek.

Wtedy też mąż wyjechał na szkolenie i postanowiłam, że nie będę siedzieć sama w domu tyle dni,
w dodatku miałabym na głowie palenie w piecu oraz kury, koty i psy,
dlatego na te 3dni pojechaliśmy z Szymkiem do teściów.

Ogółem tutaj pakowałam się bardziej na luzie, bo i tak codziennie miałam jeździć do domu,
przepalić i oporządzić zwierzęta.

Zapakowałam dla siebie minimum - bluzkę na zmianę, najważniejsze kosmetyki (resztę można pożyczyć od teściowej) i piżamę.

Dla Szymka za to zapakowałam co ładniejsze rzeczy, 
uzbierała się tego torba, bo zabrałam więcej pieluch tetrowych, więcej pampersów i ogółem więcej ubrań.
Jak na złość ubranek ledwo co starczyło,
młody tak ulewał, że zawsze bodziak był mokry 
albo tak ciamkał rączkę, że połowa rękawka była mokra.
I mimo, że nasz dom był blisko a ja w nim codziennie,
to i tak byłoby ciężko, bo reszta ubranek była w koszu na pranie po wyprawie do Gdańska.

Po powrocie z tych dwóch wyjazdów z domu,
miałam pełno prania, a teraz mam pełno składania.
Młody też zaczyna szybko wyrastać z ubranek i co chwila odkładam coś do pudła.
Poprałam więc już ubranka na 68 cm i powinnam przejrzeć już czy coś z nich będzie dobre dla młodego.

Podsumowując stwierdzam, że nigdy nie wiadomo jak zapakować dziecko, 
aby ubranek starczyło, a osoby postronne nie miały wrażenia, że wyjeżdża się na przynajmniej miesiąc w przypadku wyjazdu kilkudniowego.
Poza tym stwierdzam, że każda ilość ubranek nie jest wystarczająca przy ulewającym dziecku.
Serio myślałam, że mam ubranek aż za dużo, 
a tu przy raptem niecałym tygodniu poza domem okazuje się, 
że taka ilość przy gorszych dniach mojego dziecka jest minimum.


Ps. Wydało się, dlaczego na blogu była taka cisza.

3 komentarze:

  1. Mi też się wydaje ze ubranek mam pełno ale są dni kiedy mała robi taka kupę ze przecieka przez pampersy a i ciuchy do prania. I mało co zostaje:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlatego nie cierpię wyjazdów z dzieckiem, przez pakowanie właśnie pół chałupy człowiek ze sobą wiezie, poźniej wraca i przez tydzień to pierze prasuje i składa ;(.
    A tak poza tym uwielbiamy podróżować tylko gorzej ogarnięciem walizek po powrocie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No w sumie racja, z dzieckiem nigdy nie wiadomo, ile będzie potrzebowało ubranek.
    P.

    OdpowiedzUsuń