sobota, 23 sierpnia 2014

Kolejny raz - kolka nerkowa w ciąży

Niestety nie udało mi się doturlać do końca ciąży bez ponownego ataku kolki nerkowej.
Dziecko coraz większe więc i ucisk na nerkę też coraz większy :(

W szpitalu łącznie spędziłam ponad tydzień. 
Kolejny raz trafiłam na oddział z ostrym atakiem (trzęsłam się, byłam blada, ból nie do zniesienia), tak ostrym, że położna od razu dzwoniła do lekarki pytać czy może podać mi zastrzyk, bo boi się, że jej odjadę z bólu podczas robienia wywiadu. Dostałam podobno bardzo bolący zastrzyk - wcale go nie czułam gdy mi go podawała, a gdy zaczął po paru minutach działać to chciałam dosłownie położną ozłocić...

Tamten atak był 13.08 i w szpitalu byłam do 15.08, bardzo się cieszyłam, że mnie wypuszczają, choć czułam jeszcze ból, ale myślałam, że będzie jak poprzednim razem, że w domu wyciszy się. 

Marne nadzieje.
Ledwo przeżyłam noc.
Od rana ból był tak mocny, że no-spa nic na niego nie wpłynęła.
O 12.30 mąż ponownie mnie zawoził na oddział i wtedy od razu prosiłam położną o zastrzyk, bo nawet weflonu by mi nie dała rady założyć - tak się trzęsłam z bólu.

Tym razem leczenie trwało do czwartku. Leczenie [hmmm...polemizowałabym] wyglądało tak, że jak zaczynał się ból nie do zniesienia dostawałam zastrzyk, a jak już miałam siniaki od zastrzyków to dostałam kroplówki, które pomagały choć na krócej niż zastrzyk - ale dobre i to. Z lekkim bólem spędzałam całe dnie, a jak już było za mocno to szłam do położnej. I tak myślałam, że będę siedzieć w szpitalu do porodu. 
No bo jak ciągle boli, jak mimo wszystko ataki się zdarzają - najczęściej w nocy, to już nic nie da rady.

Miałam szpitalny kryzys w środę - popłakałam sobie mocno.
A w czwartek Pani doktor wypisała mnie do domu z zaleceniem brania no-spy i buscopanu.
Szczerze byłam zaskoczona, wstrząśnięta i zmieszana.
I bałam się powrotu do domu, wszak ciągle boli a jak znów będzie atak, znów na oddział, znów czekanie zanim ktoś mi pomoże. W szpitalu od razu już dostawałam leki i uspokajało się.

Teraz jestem w domu drugi dzień.
Dwie noce nieprzespane, bo oczywiście najgorsze bóle łapią nocą a mi się kończą pomysły jak te bóle choć trochę minimalizować :(

Leki działają na chwilę, potem ból wraca. Po zażyciu no-spy może pośpię pół godziny. I tak w kółko.
Płaczę co chwila, mam dość walki z bólem i coraz częściej w mojej głowie pojawia się myśl, że chcę do szpitala, nie ważne, że tam będzie mi źle, bo nie w domu, bo nie z mężem i rodziną, ale tam na atak dostanę zastrzyk w tyłek i pośpię sobie pół nocy - rarytas. 

A co na to wszystko lekarze?
Najlepiej jakby Pani urodziła.

I jak to słyszę to chce mi się i śmiać i płakać jednocześnie...
Jak ja mam niby urodzić, skoro to nie ja o tym decyduje tylko natura?
A nawet jeśli nie natura to może i oni mogliby mi pomóc urodzić, wszak ciągle powtarzają, ze 37tc to ciąża donoszona i nie ma co się martwić szybszym porodem - którego tylko na razie nie ma :(

Po wizycie u ginekologa wiem, że mam szyjkę już skróconą i zgładzoną a w czasie pobytu w szpitalu miałam już rozwarcie na palec. Teoretycznie mogę zacząć rodzić w każdej chwili, tylko że ta chwila jakoś nie następuje. Brzuszek wisi jeszcze bardzo wysoko, a ja marzę tylko o tym aby obniżył się, choć trochę co może przestanie akurat uciskać na nerkę i wtedy już do porodu jakoś doczłapię. Jedynie pociesza mnie to, że coraz częściej brzuszek mi "staje" czyli trenuje sobie i może akurat już nie zdążą położyć mnie na oddział tylko zawiozą na porodówkę :)

Obecnie jestem na skraju wytrzymałości i psychicznej i fizycznej.
Myśl, że mogłabym pomóc sobie przyspieszyć poród domowymi sposobami jakoś nie napawa mnie optymizmem - na to trzeba mieć siły i choć trochę wytchnienia od bólu. U mnie tego nie ma.
Jestem na takim skraju desperacji, że zaczynam myśleć o CC lub wywoływaniu porodu w 38tc. 
Wiem to straszne co piszę, bo co ze mnie za matka co chce dziecko wygnać z idealnego dla niego środowiska przed czasem, ale nikt nie zrozumie, kto nie przeżył tych bóli przez tak długi czas.

I kolejna moja myśl na te dni:
zobaczymy jaka będzie noc i jutro, jeśli znów będzie tak bolało, pakuję torbę i idę do szpitala.

Nie myślałam, że koniec ciąży będzie dla mnie tak ciężki do wytrzymania 
i że ja - osoba panicznie bojąca się cesarki i wyznająca poród siłami natury- będę zastanawiała się nad tą formą porodu albo nad prośbą o szybsze wywołanie porodu.

Wszak to tylko mnie boli, uciska i powoduje zastój moczu, więc powinnam się cieszyć i jakoś dotrwać do porodu. 
 Dziecku na szczęście nic nie jest, tylko kto mi da gwarancje czy i on nie cierpi gdy czuje, że jego matka walczy z bólem, dostaje różne leki i ciągle popłakuje po kątach.

I tak w każdej porze dnia moje myśli zmieniają się diametralnie:
Raz myślę, jeszcze trochę, ostatnia prosta do porodu - dasz radę!
Potem myśl, nie dam rady z tym bólem już dłużej wytrzymać.
Oszaleję z bólu, chce do szpitala, niech dadzą mi coś na ból.
Dasz radę, wytrzymaj do wtorku, pójdź znów na wizytę u lekarza i porozmawiaj z nim co robić.
Do wtorku zwariuję, nie dam rady.
Byle do poniedziałku, w poniedziałek spakuję torbę i pójdę na oddział żeby mi coś dali na ten ból.
Potem myśl, wytrzymaj do końca tego tygodnia, będzie 38tc, może zaczniesz rodzić?
Jak jutro znów będzie tak bolało, to jadę do szpitala i niech mi wywołują poród.

I z każdą minutą wymyślam coraz to nowe myśli i sformułowania, a moja rodzina męczy się ze mną przeokropnie.
 Szczególnie mąż.
 On musiał wysłuchać jak mi w szpitalu źle, a teraz znów słyszy jak mi źle, bo boli i że już chyba chce do szpitala wrócić.

Śmiem twierdzić, że do czasu porodu ból wykończy mnie, a ja wykończę swojego męża.

1 komentarz:

  1. Domyślam się jaki to ból - kolki nerwowej. Ja przez dwa pierwsze miesiące ciąży miałam infekcje nerek a od małego mam w ogóle chore nerki. Ale to chyba nic w porównaniu z kolką. Jak na dziś samopoczucie?

    OdpowiedzUsuń