środa, 7 maja 2014

Po półmetku... czyli już po 20 tygodniu ciąży.

W poniedziałek byłam na wizycie u ginekolog.
Tydzień już 21 :)

Dziecko rośnie,
mama rośnie :)

Przyszła mama przez święta i majówkę przytyła 2kg, czyli wróciła do wagi sprzed ciąży.
Dzidziuś ma około 410g, ale nie doszłam jaki jest długi.
Jeszcze sobie leży nóżkami w dół, co mnie trochę zmartwiło, ale podobno ma jeszcze czas żeby się przekręcić główką w dół.

Dziecię pokazać płci nie chciało,
nóżki podkulało,
pępowinką się zasłaniało,
trochę ziewało.

Niestety mama miała wysokie ciśnienie i teraz musi codziennie je kontrolować, ale chyba to był tylko dwudniowy incydent. Bynajmniej mam taką nadzieję.

Hormony zaczynają dawać się we znaki,
z piersi już pocieka coś,
a ostatnie dni to bym zażarła ze złości,
wszystko doprowadza mnie do szału.

Brzusio mamy rośnie...
Wyglądam całkiem nieźle (tak sądzę), ale odnoszę nieodparte wrażenie, że ludzie patrzą na mnie krytycznie, bo myślą, że tak przytyłam - no cóż pewnie za parę tygodni odkryją prawdę, że ten odstający brzuch to efekt ciąży a nie objadania się  :)

Dzieciątko jest aktywne bardzo, albo to ja bardzo czuję jego ruchy.
Dzisiaj już tak daje znać o sobie, że nawet stojąc czułam ruchy i uderzenia, szczególnie w dolnej części brzucha, co świadczy o tym, że moje dziecko nie myśli nawet się przekręcić główką w dół i kopanie mamy w pęcherz to dla niego najlepsza zabawa :)

Podsumowując czuję się dobrze, choć zauważam już pierwsze symptomy niezgrabności związane z powiększającym się brzuszkiem. Muszę chodzić już wolniej, bo szybki chód (taki jaki na co dzień miałam) powoduje u mnie ciągnięcie w dole brzucha i kroczu więc zaczynam czuć się jak chodząca kaczka. Ruchy maleństwa są wspaniałym odczuciem i sprawiają mi radość, choć dziś to już lekka przesada.

Kolejną wizytę mam za miesiąc,
na dzień przed weselem kuzyna - mój plan by udać się na pedicure raczej pójdzie na marne, bo nie wiedząc jak długo zejdzie w kolejce do lekarza nie mogę umówić się z kosmetyczką. No cóż będę molestować swoje stopy sama :) Największy problem weselny to sukienka - mam nadzieję, że zmieszczę się jeszcze w sukienkę, którą kupiłam rok temu.

A pisząc o ubraniach ciążowych myślę - katastrofa!
Szukam obecnie tunik - w sklepach brak, sukienki - matko wszystko na jedno kopyto, a ciążowych brak.
Jak już coś ma w nazwie ciążowa/ciążowe z automatu jest ileś razy droższe, o zgrozo, żeby jeszcze za tą cenę stała jakość i wykonanie, ale gdzie tam.

Do tej pory najlepszy zakup to tunika w kwiatki, do której ubieram leginsy, w których nigdy się publicznie nie pokazywałam i uważałam je za element bielizny zimowej, idealnej pod spodnie :) Jednak ciąża zmienia podejście do mody. Teraz najważniejsza jest wygoda, choć modnie też chcę wyglądać :)

2 komentarze:

  1. Tak trzymać. Super. Życzę dużo zdrówka i zdrowego dzieciaczka :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja miałam w ciąży takie napady złości że gotowa byłam pogryźć :) I jakoś domyślałam się, że ten hormon który mną miota to nie mój tylko synowy testosteron :) Pamiętam tą niecierpliwość aby już się dowiedzieć kto tam pod sercem mieszka :)

    OdpowiedzUsuń