wtorek, 14 stycznia 2014

Pierwsze objawy ciąży... czyli sobie wyczytałam.

O objawach ciąży czyta większość kobiet, które chcą w niej być lub podejrzewają, że właśnie zaszły w ciążę.

Podobnie jest z ilością artykułów o tych objawach.
I najczęściej wymieniane to:
- brak miesiączki,
- nudności
- zmęczenie,
- bóle głowy,
- senność,
- wahania nastrojów,
- nabrzmiałe piersi,
- plamienie imprementacyjne ( o tym wkrótce)
- zgaga,
- problemy z wypróżnianiem
- smaki na jakieś pokarmy.

Pojawiają się też objawy inne niż podane wyżej a są to:
- rozpierająca energia,
- uczucie euforii,
- płaczliwość.

Najbardziej popularnym objawem mają być nudności, ale czy koniecznie?
Otóż niekoniecznie.
Robiąc wywiad rodzinny, ktoś miał nudności od samego początku, ktoś inny dopiero od 2m-ca a inne nie miały nudności.
Ogółem więc każda kobieta jest inna i każda będzie miała inne objawy ciąży.
Moim zdaniem wszystko co dzieje się inaczej niż zwykle może ale nie musi być objawem ciąży.

I tak czytając fora zastanawiam się jak niektóre kobiety chcą czuć objawy ciąży po dwóch dniach od stosunku w dni płodne? To podobnie jak test, dopiero po implementacji nastąpi wzrost hormonu HCG , który obecny w moczu da wynik na teście. I wtedy kobietki które chcą wiedzieć czy zaszły już robią testy i wychodzi że nie są w ciąży, a potem szok i szał bo jednak okres się spóźnia.

Serio ostatnio coraz mniej wchodzę na fora bo można tam dostać szału, zdziczeć lub załamać się, w różnej kolejności. I zastanawiam się, jak to jest, że ktoś od momentu poczęcia już wie, że jest w ciąży?
No jak, skoro dopiero co jajeczko połączyło się z plemnikiem i zaczyna swoją podróż do zagnieżdżenia, a taka kobieta już o tym wie... hmmm ciekawe. Rozumiem, że kobieta czuje że jest inaczej, że spodziewa się tego, że szybko zorientowała się, że jest w ciąży np w 4-tym tc, ale jak można wiedzieć że jest się w ciąży gdy jeszcze nie doszło do zagnieżdżenia w macicy. To jest zastanawiające.
Oczywiście każdy ma prawo mówić co uważa.

Ciekawa jestem swoich objawów ciąży jakie będę miała jak zajdę, czy też powiem: wiedziałam od razu że się udało,  czy będę narzekać czy śmiać się  i jak to wszystko zniesie mój mąż i rodzina... Otóż jest pytanie, na które przyszłość mam nadzieję da odpowiedź :)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

7 lat minięło...

Dziś dzień pełen niespodzianek i przygód.
No typowy trzynasty dobrze, że nie piątek.

Tato spadł z drabiny, bo mu dwa szczebelki pękły,
zgubił się i odnalazł klucz,
wiatr zerwał dwie szyby ze szklarni,
pękła pełna szklanka z gorącą kawą zalewając stół i podłogę w kuchni,
i tak dalej...
Ogółem dużo za dużo jak na jeden dzień.

Nie o tym miało być.
Dziś trzynasty a mi chodzi o dwunasty czyli wczoraj.
Gdy mąż dziś wrócił z pracy zdaliśmy sobie sprawę, że wczoraj minęło 7lat jak jesteśmy razem.
Oczywiście to nie nasza rocznica ślubu, bo od ślubu minęło 1,5roku, ale nie myślałam, że ten czas tak szybko leci i my już 7 lat ze sobą jesteśmy.
Wiadomo były gorsze i lepsze chwile.
Jestem pełna optymizmu, bo siódemka to przecież szczęśliwa liczba, 
więc i ten rok na pewno będzie szczęśliwy.

I mimo tych dzisiejszych szalonych wydarzeń jestem pewna, że to będzie dobry rok,
bo mimo, że dziś były zdarzenia pechowe to i też takie dobre.
Rano była dobra wiadomość od brata,
a przed chwilą dostałam wiadomość, że moja przyjaciółka ze studiów bierze ślub na który nas zaprasza.
Jestem bardzo szczęśliwa jej szczęściem i aż mi serduszko skacze i się raduje, że tak dobrze jej się układa :)

Początek tygodnia takim sposobem był burzliwy, bo nie o wszystkim co się dziś u nas działo napisałam, ale zapowiada się cały taki tydzień. Poczynając od burzliwego poniedziałku, poprzez urodzinową środę ( urodziny ojca i teścia) i piątek u lekarza i wizytą u cioci, tydzień będzie zakończony urodzinową imprezą bratanka :)

I miałam pisać o ciekawych rzeczach związanych z okresem ciąży i starań na jakie natknęłam się w internecie, ale mam ograniczony czas ostatnio na śledzenie, aczkolwiek jak znajdę chwilę to coś nasmaruję :)

sobota, 4 stycznia 2014

Styczeń...

Początek roku zaczął się bardzo pracowicie i dość zaskakująco dla nas, ale cóż tak bywa :)

Muszę na dniach dokończyć pisanie pracy zaliczeniowej i nauczyć się na zaliczenie.
Następny weekend będzie imprezowo-zaliczeniowy, dlatego muszę zebrać się w garść i wszystko ogarnąć do czwartku.
Potem szykowanie kiecki, wyjazd, zjazd, impreza u chrześniaka i znów zjazd razem z zaliczeniem na 8.00 :)

Na razie jednak mam już wolny wieczór,
mąż pojechał na trening a ja maluję sobie pazurki na niebiesko,
ot tak dla zabawy :)

A oto efekt wczorajszej i dzisiejszej pracy męża i ojca:

Nasz aneks kuchenny :) 
meble odziedziczone, ale w dobrym stanie więc cieszymy się, że mogliśmy zaoszczędzić.
Obecnie stoi na blacie doniczka z kaktusem, ale na wiosnę chcę zamienić ją na doniczkę z miętą, bo bardzo lubię napój ze świeżej mięty :)
Została jeszcze lampa do przymocowania na suficie, ale to już w następnym tygodniu.

I takim o sposobem powoli nasze mieszkanko nabiera kształtów i przestaje być tylko pięterkiem u rodziców.

Miłej soboty!